DOBRO WSPÓLNE JAKO NOWY PARADYGMAT

From P2P Foundation
Jump to: navigation, search


Source

Original:

  • Polish translation of speech transcript: The Commons as a New/Old Paradigm for Governance, Economics and Policy. Remarks by David Bollier, Commons Strategies Group for the American Academy in Berlin on December 4, 2012; see: Commons as a New Paradigm for Governance, Economics and Policy; Translated by Petros of freelab.org.pl . Version without notes.

Zapis wystąpienia „Dobro wspólne jako stary/nowy paradygmat rządzenia się, gospodarki i polityki”.

Wygłoszone przez Davida Bolliera, Commons Strategies Group for American Academy in Berlin. 4 grudnia 2012.

Scribd: http://www.scribd.com/doc/118637397/Dobro-wspolne-jako-nowy-paradygmat

Opublikowane przez P2P Foundation na licencji CC-BY-SA

URL = http://p2pfoundation.net/Commons_as_a_New_Paradigm_for_Governance,_Economics_and_Policy

Spolszczone i opatrzone przypisami przez http://FreeLab.Org.PL na licencji CC-BY-SA

Text

David Bollier:

To wielki zaszczyt, że mogę dziś podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat dóbr wspólnych1. Dziękuję American Academy w Berlinie za czas i gościnę, których doświadczyłem podczas ostatnich pięciu tygodni – i za uznanie wielkiej wartości paradygmatu dobra wspólnego w jego jeszcze embrionalnej formie. Dziękuję także Fundacji Boscha za hojnie ufundowane stypendium. I, oczywiście, wielka wdzięczność należy się mojej drogiej przyjaciółce Silke Helfrich, za jej wspaniałą koleżeńską pomoc w eksploracji sekretów dobra wspólnego.

Koncepcja dobra wspólnego jest moją pasją już od piętnastu lat. Moje zainteresowanie nią zaczęło się, gdy w połowie lat '90 straciłem złudzenia, że perspektywa liberalna jest wiarygodnym narzędziem zmian [społecznych] i gdy zorientowałem się, jak potężny ruch w stronę koncepcji opartych na dobru wspólnym, pojawił się na peryferiach głównego nurtu polityki i kultury2.

W tym wystąpieniu chcę przedstawić paradygmat dobra wspólnego – bardzo stary, a zarazem nowy, na nowo odkryty – w zakresie rządzenia i zarządzania. Spróbuję wyjaśnić wielki powab dobra wspólnego na wielu poziomach życia – politycznym, administracyjnym, kulturalnym, społecznym, osobistym, nawet duchowym – i opisać zasięg ogólnoświatowego „ruchu” - jeśli to właściwe słowo – rozwijającego społeczną praktykę i dyskurs dobra wspólnego.

Z góry uprzedzam, że dobro wspólne nie jest ani totalną ideologią polityczną, ani przemianowanym PR-owo „interesem publicznym”. To jest ogólny wzorzec rządzenia się, zakorzeniony głęboko w historii ludzkości jako system samowystarczalnego, odpowiedzialnego zarządzania zasobami i pomocy wzajemnej.

Ale to stwierdzenie jest zbyt zimne, zbyt analityczne. Dobro wspólne jest w istocie etyką – sposobem na wyjście poza homo economicus, samolubną, kalkulującą, zachłanną na korzyść jednostkę, jaką chcą nas widzieć politycy i ekonomiści. Dobro wspólne zakłada, że ludzie są bardziej skomplikowani, że większe bogactwo naszych zachowań może być wpisane w strukturę naszych instytucji społecznych. Dobro wspólne zakłada ważną rolę samoorganizacji i samorządu, uzupełniających, a zarazem będących wyzwaniem dla rządu państwowego. W bardziej ogólnym sensie, w dobru wspólnym chodzi o opiekę nad tym wszystkim, co posiadamy wspólnie, jako ludzie. O dbałość, abyśmy to dziedzictwo chronili i przekazali, nieumniejszone, następnym pokoleniom. To obejmuje wszystko, od dziedzictwa wiedzy i kultury, przez spójność naturalnych ekosystemów, przestrzeń publiczną i tradycje społeczności, niezbędne do życia wspólnie użytkowane lasy, łowiska i uprawy, aż do niezliczonych innych zasobów, jakie moralnie lub prawnie współposiadamy.

Najdziwniejsze jest to, że owe zasoby użytkowe są zasadniczo niewidzialne, gdyż istnieją poza obszarem Państwa i Rynku. Nawet, jeśli są dostrzegane, to traktuje się je jako bezwartościowe, bowiem mają mało wspólnego z prywatną własnością, rynkiem, lub geopolityką. Mimo, że użytkowe dobra wspólne zapewniają utrzymanie około dwóch miliardów ludzi na Ziemi, dwa najpopularniejsze w USA podręczniki ekonomii (Samuelson & Nodhaus oraz Stieglitz & Walsh) całkowicie ignorują dobra wspólne jako wiarygodny, atrakcyjny model utrzymania się. Utrzymania – należy dodać – traktowanego nie jako minimum przetrwania, ale ale jako zaspokojenie potrzeb gospodarstwa domowego, zamiast maksymalizacji wymiany towarowej (rynkowej).

Z racji swej „niewidzialności”, dobra wspólne są dzisiaj zagłuszane i niszczone przez siły rynku, często z katastrofalnymi rezultatami [dla ludzi]. Naszym wyzwaniem, wierzę, jest dostrzec dobro wspólne – i znaleźć nowe sposoby, aby je chronić i wzmacniać.


1. Paradygmat Dobra Wspólnego

Dla większości ludzi jakakolwiek wzmianka o „wspólnym” natychmiast przywołuje na myśl „tragedię wspólnego pastwiska”3. Koniec dyskusji. Dla ekonomistów, współużytkowanie dóbr zawsze prowadzi do tragedii. Klasycznym przykładem jest wspólne pastwisko. Jeśli jest wielu użytkowników, każdy z nich ma motywację, aby wypasać jak najwięcej zwierząt, nie dbając o stan pastwiska. Taka rabunkowa gospodarka nieuchronnie prowadzi do tragedii.

Ten dogmat funkcjonuje wśród ekonomistów i w świadomości społecznej od 1968 roku, kiedy to biolog Garrett Hardin napisał słynny esej pod tytułem „Tragedia wspólnego pastwiska”. Ta przypowieść była politycznie wygodna, gdyż sugerowała niezbędność systemu prywatnej własności i rynku, aby powstrzymać ludzi przed rabunkowym wykorzystywaniem zasobów. Jeśli ludzie będą wyłącznymi właścicielami pastwisk, argumentowano, będzie im zależało na ich długoterminowej ochronie. Ale Hardin, w rzeczywistości, nie opisywał dobra wspólnego. Opisywał scenariusz, w którym nie ma granic pastwiska, nie ma wspólnych zasad gospodarowania nim, nie ma społeczności jego użytkowników. A to nie jest dobro wspólne. To jest dobro bezpańskie – dostępne dla wszystkich. Dobra wspólne mają granice, system zasad, [społeczny] nadzór nad użytkowaniem, sankcje dla darmozjadów, normy społeczne. Dobro wspólne wymaga istnienia społeczności, działającej jako opiekunka zasobów.

Hardinowska fałszywa interpretacja dobra wspólnego utkwiła w świadomości zbiorowej, stając się prawdą obiegową. Przez ostatnie dwa pokolenia, dobro wspólne było powszechnie uważane za błędny paradygmat rządzenia się. W tle unosił się także duch Tomasz Hobbesa i jego przekonanie, że tylko potężny Lewiatan państwa ratuje nas przed osunięciem w prawo dżungli, gdzie życie jest okropne, brutalne i krótkie.

Zmarła kilka miesięcy temu profesor Elinor Ostrom4 z Uniwersytetu Indiana była najwybitniejszą akademiczką, która uratowała koncepcję dobra wspólnego i odparła zarzuty Hardina. Kosztowało ją to lata żmudnych badań terenowych i innowacyjnej pracy teoretycznej, ale w prekursorskiej książce z 1990 roku, Governing the Commons, Ostrom zidentyfikowała podstawowe czynniki sukcesu modelu dobra wspólnego. Przez ostatnie dekady, ona i jej wielu kolegów, pokazali w setkach badań empirycznych, jak ludzie z sukcesem zarządzają swoimi ziemiami, wodą, lasami i łowiskami jako dobrem wspólnym. Niektóre z tych wspólnot kwitną od setek lat, jak zarządzające halami alpejskimi społeczności w Szwajcarii oraz systemy irygacyjne (huertas5) w Hiszpanii.

Wielkim osiągnięciem Ostrom było wykazanie jak współpracująca społeczność może zarządzać zasobami w sposób zrównoważony, często bardziej efektywnie niż państwo czy rynek. Błyskotliwie łącząc w swoim dyskursie politologię, socjologię, antropologię, ekonomię i inne nauki społeczne, Ostrom zmusiła mainstreamową ekonomię do zrewidowania opinii o kategorii dobra wspólnego. Przyniosło jej to w 2009 roku – jako pierwszej kobiecie w historii – Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii.

Akademicki nurt myśli o dobru wspólnym, rozwinięty przez Ostrom i międzynarodową grupę naukowców, nie bardzo się interesował zastosowaniem swoich idei w praktyce ekonomii politycznej. Ale globalny ruch aktywistów dobra wspólnego, nie wahał się przed podjęciem wyzwania. Przez ostatnie dziesięć lat, dynamiczny ruch dobra wspólnego, działając równolegle z akademikami, ale całkowicie niezależnie, zbudował dyskurs dobra wspólnego, jako nową-starą filozofię i program polityczny.

Świadomie, czy nie, aktywiści dobra wspólnego są częścią nowego sposobu pojmowania świata i działania w nim. Ruch ten ucieleśnia światopogląd – poznawczy i praktyczny – całkiem różny od tego, jaki zakłada neoliberalizm. Jest to źródłem wielkiego, obiecującego napięcia – co mam nadzieję zaraz wykazać.


2. Gospodarka i dobro wspólne

Powinienem zacząć od wyjaśnienia, że dobro wspólne to nie tylko zasoby. To zasoby plus społeczność plus zestaw norm i reguł stosowanych do zarządzania nimi. Możemy to nazwać pakietem socjo-ekonomiczno-biofizycznym6 - trochę jak ryby, staw i roślinność wodna. Mają sens tylko w komplecie i zapewne nie będą w stanie przeżyć oddzielnie, bo są od siebie wzajemnie zależne.

Zapewne właśnie dlatego konwencjonalna ekonomia ma takie problemy ze zrozumieniem pojęcia dobra wspólnego. Nie może zrozumieć, jak społeczność, zamiast jednostki, może być podstawowym poziomem odniesienia. Dobro wspólne odnosi się do całości – uznając jednostkę i społeczność za wzajemnie zagnieżdżone i przenikające się. To jest metafizyka wielce różna do neoliberalnej, uznającej jednostkę za suwerena.

Dobro wspólne wymaga od nas także wykroczenia poza swojskie dychotomie życia codziennego - „publiczne” kontra „prywatne”, „jednostkowe” kontra „kolektywne”, „obiektywne” kontra „subiektywne” - do zobaczenia ich w bardziej zintegrowanej strukturze. Takim syntetycznym skrótem myślowym będzie „kooperatywny indywidualizm”.

Ale ten termin nie oddaje emocjonalnego i psychicznego wymiaru dobra wspólnego, które w istocie jest osobistą postawą, tożsamością i doświadczeniem. Członkowie społeczności kochają i potrzebują dobra wspólnego, a co najmniej zależą od niego. Z tego czerpią motywację, aby być jego świadomymi opiekunami i obrońcami. Mają osobiste, emocjonalne związki z chronionym dobrem i z członkami społeczności. Rozwijają rytuały i obyczaje, stanowiące część kultury opiekuńczości.

Być może dlatego właśnie, dobro wspólne oferuje tak wywrotową metafizykę. Żąda od nas przyjęcia bogatszej definicji wartości, niż oferowana przez rynek. Żąda od nas przyjęcia szerszej koncepcji gospodarki, niż Produkt Krajowy Brutto. Żąda od nas, abyśmy się przyznawali do takich form wartości, które wykraczają poza rynek i jego wycenę.

Tradycyjnie rozumiana gospodarka skoncentrowana jest na „tworzeniu dobrobytu” i „eliminowaniu niedoboru”.

Ale tak naprawdę zajmuje się jedynie takim rodzajem dobrobytu, który ma nalepkę z ceną i może być sprzedany na rynku.

Jedyny problem ze standardową ekonomią jest ten, że nie ma ona za dużo do powiedzenia na temat wielkich zasobów wartości nie opatrzonych nalepkami z ceną7. Ile jest warta atmosfera Ziemi? A ludzki genom? Zasoby słodkiej wody? Nasze dziedzictwo kultury i nauki? Parki i otwarte przestrzenie? Internet? Nasze związki z przyrodą i innymi ludźmi?

Wiele z tego myślenia sięga wstecz do filozofa Johna Locke, który dowodził, że rzecz leżąca poza systemem własności prywatnej i handlu, to rzecz niczyja, res nullius. Takie rzeczy są swobodnie dostępne dla tego, kto pierwszy ich zapragnie, bowiem nie posiadają ceny, ani prawowitego właściciela. Wszystko, czego trzeba to „dołożyć swojej pracy” do takiej rzeczy, przez to zyskując tytuł własności.

To właśnie na tej zasadzie filozoficznej konkwistadorzy i kolonizatorzy w czasach Locke'a opierali swoje prawo do zdobytych ziem. Ziemia nie miała właściciela, a tubylcy nie mieli nawet systemu praw własności. A więc – kto pierwszy, ten lepszy!

Współcześnie to samo uzasadnienie służy zgłaszaniu roszczeń do zasobów etnobotanicznej wiedzy Globalnego Południa, zastrzegania patentami genów, żywych gatunków i syntetycznych nanomateriałów. Ta sama logika wspiera zabudowywanie dziewiczych obszarów przyrody i zastrzegania praw do słów, kolorów i zapachów. Wystarczy tylko zawłaszczyć sobie coś, co jest „bezpańskie”.

Teorie Johna Locke idą w parze z „tragedią dóbr wspólnych” Garretta Hardina. Obaj zakładają, że wartość pojawia się tylko tam, gdzie jest prywatna własność i rynek. To podejście daje więc znakomite usprawiedliwienie dla zwykłej grabieży.

Silke Helfrich naprowadziła mnie na cudowny wiersz Goethego „Katechizacja”:

Nauczyciel: Pomyśl, dziecko! Skąd te wszystkie dary? Sam ich przecież nie stworzyłeś.

Dziecko: Ech! Od ojca dostałem wszystko.

Nauczyciel: A skąd on to wszystko ma?

Dziecko: Od dziadka.

Nauczyciel: No cóż! A od kogo dostał dziadek całe to dobro?

Dziecko: Wziął je sobie po prostu.

3. Grodzenie wspólnych obszarów

I tak dochodzimy do, że tak powiem, tragedii rynku, znanej często jako grodzenie rynku. Poprzez wieki, a szczególnie w wieku XIX, arystokracja angielska, w zmowie z Parlamentem, sprywatyzowała dobro wspólne – gminne grunty w w Anglii. Dobra wspólne zostały zasadniczo zniszczone. Grodzenia były sposobem, w jaki ziemiaństwo skonsolidowało swoją władzę ekonomiczną i polityczną, zarabiając przy tym mnóstwo pieniędzy.

Wielkim, publicznie ignorowanym, skandalem naszych czasów, jest masowa prywatyzacja i nadużycia zasobów, będących naszym dobrem wspólnym. Pierwszy przykład: międzynarodowi inwestorzy i rządy krajowe wykupują ziemie rolną i lasy w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej na masową skalę, po zaniżonych cenach, przy współudziale lokalnych rządów. Mieszkańcy, którzy od pokoleń zwyczajowo uprawiali żywność na tych terenach, są wyrzucani z tej ziemi, aby inwestorzy i międzynarodowe korporacje mogły ją zająć. Podstawowym celem jest zapewnienie nowym właścicielom przewagi geopolitycznej, produkcja żywności na rynki globalne lub mordercza spekulacja.

Łatwo zgadnąć, co stanie się z ludźmi, którzy nagle nie mogą się utrzymać, bo ich wspólne dobra zostały ogrodzone – sprywatyzowane. Staną się postaciami z powieści Charlesa Dickensa. Zmuszeni do migracji do miast w poszukiwaniu utrzymania, zaludnią slumsy, staną się żebrakami lub będą pracować za głodowe stawki. Media, donoszące o atakach somalijskich piratów, rzadko wspominają, jak wielu z nich było wcześniej rybakami – dopóki zagraniczne floty nie zniszczyły ich tradycyjnych, wspólnie użytkowanych łowisk. Rynki długo traktowały naturę jako bezpański zasób, albo martwy obiekt – coś bez życia, bez godności, bez świętości. Ale teraz dochodzi to do alarmującego poziomu. Firmy biotechnologiczne i wyższe uczelnie są właścicielami jednej piątej ludzkiego genomu. Firma Myriad Genetics z Salt Lake City zastrzegła patent na „gen podatności na raka piersi”, co daje jej monopol kontroli nad pewnymi typami badań. Patent uniemożliwia innym naukowcom badanie genetycznych źródeł raka piersi bez zgody firmy.

Rozkwitający przemysł nanotechnologii tworzy nowe rodzaje syntetycznych materiałów, lepsze niż naturalne, a potem rości sobie prawo do kontrolowania ich wykorzystania. Zamierzeniem jest całkowite zastąpienie materiałów naturalnych syntetycznymi. To jest powtarzalny schemat: Monsanto używa genetycznie modyfikowanych nasion, aby wyprzeć naturalne; Microsoft swoim systemem operacyjnym zmarginalizował niemal wszystkie inne; międzynarodowe firmy z branży napojów wypierają pitna wodę z kranu swoimi butelkowanymi substytutami. Jedna z pierwszych prób sprywatyzowania zasobów wody pitnej miała miejsce w 2002 roku, w Cochabamba w Boliwii, kiedy to rząd, wraz z Bechtel Corporation, sprywatyzował miejskie zasoby wody pitnej, zgłaszając nawet roszczenia do wody deszczowej. Niedawno miliarder T. Boone Pickens wydał ponad 100 milionów dolarów na zakup terenów złóż wodonośnych na wyżynach Teksasu, co może znacznie podnieść koszty życia dla tamtejszych społeczności, jeśli woda zostanie sprywatyzowana.

Dzisiaj grodzi się nie tylko lądy i morza. Wszystko może zostać sprywatyzowane i wystawione na sprzedaż. Algorytm matematyczny można zastrzec, jeśli zawarty jest w oprogramowaniu i może służyć nowym komercyjnym celom. McDonalds zastrzega przedrostek „Mc”, żebyś nie mogł nazwać swojego lokalu McSushi, lub McVegan, ani swojego hotelu McSleep8. Amerykański odpowiednik ZAiKSu zażądał kiedyś od organizatorów młodzieżowych obozów letnich ryczałtowej opłaty licencyjnej za piosenki śpiewane przez młodzież przy ogniskach. Pamiętajmy, to nie są odosobnione przypadki! Więcej ich opisałem w 2005 roku, w książce Brand Name Bullies: The Quest to Own and Control Culture .

Jednym z największych dóbr wspólnych wokół nas jest Internet. Jest wrażliwy na zagrożenia właśnie dlatego, że jest tak wspólny. Jak widać z doświadczeń krajów tak autorytarnych jak Chiny i Egipt – oraz wendetty administracji Obamy przeciw Wikileaks – rządy niekoniecznie chcą, aby użytkownicy tego dobra mieli swobodę komunikowania się. Wiele firm telekomunikacyjnych chciałoby przekształcić Internet w pasaż handlowy i zmarginalizować cyfrowe dobra wspólne, odrzucając zasady neutralności sieciowej. Hollywood i przemysł nagrań chciałyby uczynić remiksy, niezależne produkcje i dzielenie się plikami przestępstwem, rozszerzając zasięg prawa autorskiego i sankcji za jego łamanie.

Zaledwie zacząłem opisywać potężny obszar współcześnie prowadzonych grodzeń. Oto jeszcze kilka próbek: przestrzeń powietrzna, oceany, geny, badania naukowe finansowane z podatków, przestrzeń publiczna w miastach, prywatyzowane drogi i lotniska, cieki wodne i wiele innych.

Grodzenia to wywłaszczanie. To proces, w którym silniejszy przekształca dobro, współużytkowane przez społeczność, w towar, który można posiadać i sprzedać na rynku. Grodzenia żerują na wspólnym dostatku, prywatyzując go, komercjalizując i pozbawiając dotychczasowych użytkowników ich niezależności i zasobów. Agresywnie wyrywają zasoby z ich lokalnego, zakorzenionego kontekstu i przemieniają w standaryzowane, sprzedawalne obiekty.

Grodzenia zmiatają z drogi relacje społeczne, tradycje kulturowe i dotychczas istniejące poczucie wspólnoty. Wymuszają skrajny indywidualizm, przemieniają obywatela w konsumenta, zwiększają nierówności społeczne. Pieniądz staje się wyznacznikiem wartości i pozycji w takim społeczeństwie. Ten proces znany jest ogólnie pod nazwą „rozwoju”.

Grodzenia są objawami głębokiej perwersji i wady we współczesnej myśli ekonomicznej: niezdolności rozróżnienie pomiędzy ilościowym wzrostem aktywności rynku, a taką aktywnością, która jest pożyteczna społecznie i zrównoważona ekologicznie. PKB utożsamia materialny „przerób” Machiny Rynku z postępem ludzkości.

Ten sofizmat utrzymuje się z dwóch powodów. Po pierwsze, PKB nie mierzy naszego nierynkowego wspólnego dostatku – tego, co niezaksięgowane, wspólne, więc niczyje. Po drugie, PKB nie bierze pod uwagę niewiarygodnych ilości antybogactwa9 tworzonego przez gospodarkę.

Antybogactwo (oryg. Illth) to termin stworzony przez Johna Ruskina na określenie przeciwieństwa bogactwa. Moje podziękowania dla Petera Barnesa za zapoznanie mnie z tym pojęciem. Antybogactwo to śmieci, zanieczyszczenia, choroby i szkody, jakie gospodarka [rynkowa] wyrządza dobru wspólnemu. To nadmierne zadłużanie się na przyszłość, zmieniające ludzi w kredytowych zombie.

Ekonomiści mają na to przyjemniejsze określenie – market externality. Podstawowym problemem jest fakt, że gospodarka korzysta z dobra wspólnego – w postaci darmowego lub ulgowego dostępu do naszych wspólnych zasobów. A potem, wszystko to, czego nie da się obrócić w prywatny zysk, zostaje wyrzucone znów w obszar wspólny – jako antybogactwo. Politycy i ekonomiści pieją nad ilościami prywatnego bogactwa generowanego przez system – ale systematycznie ignorują ilości społecznego antybogactwa, stanowiącego odpad tego samego procesu. Liczy się tylko wartość rynkowa – cały system jest sfałszowany.

Lądujemy więc w perwersyjnej sytuacji, w której musimy tworzyć wciąż więcej antybogactwa, żeby tworzyć bogactwo. I mówi nam się, że nie rozwiążemy naszych potrzeb – opieki zdrowotnej, edukacji, sprawiedliwości społecznej, ochrony środowiska – jeśli nie będziemy wytwarzać jeszcze więcej bogactwa. Prawdziwe Szaleństwo Czerwonej Królowej. Jak Czerwona Królowa powiedziała Alicji w Krainie Czarów – musisz biec tak szybko, jak potrafisz, coraz szybciej, żeby tylko pozostać w tym samym miejscu.

Szaleństwo Czerwonej Królowej jest teraz podstawą światowej gospodarki. Musimy wciąż zużywać więcej i więcej nieodnawialnych zasobów, szybciej i szybciej, po to tylko, żeby utrzymać obecny standard życia – jednocześnie tworząc coraz więcej antybogactwa, z którym nikt nie chce się zmierzyć. Globalne ocieplenie jest logiczną konsekwencją takiej mentalności.

Oczywiście, rządy zawsze próbują ustalić granice. A korporacje zawsze deklarują „zielone” podejście. Ale bądźmy poważni: historia pokazuje, że ani Państwo, ani Rynek nie potrafią postawić granic aktywności gospodarczej. Prawdą jest też, że obie strony mają poważne powody, aby tego nie robić. Wzrost jest tym, co napędza światową gospodarkę i wzrost zasila skarbce państwowe. Wzrost uznaje się za mitologiczny imperatyw „postępu”. Stawianie mu barier jest niewłaściwe, bo zmniejszyłoby to zyski inwestorów i wpływy z podatków, a zmusiło do przyjrzenia się problemów nierównej dystrybucji [bogactwa], o których elity wolą nie myśleć.


4. Wartość Dóbr Wspólnych

Jeśli rynek i państwo są narzędziami grodzeń, to co możemy zrobić? Sądzę, że trzeba zacząć od rozeznania pozytywnych wartości Dobra Wspólnego i wtedy opracowywać nowe systemy – prawne, technologiczne, społeczne – aby je chronić przed dezintegracją.

Wskazówką mogą tu być dawne obyczaje angielskich „Commoners”, jak „beating the bounds”. Co roku, gromadnie, obchodzili oni granice wspólnej ziemi, wyszukując i niszcząc wszelkie grodzące ją płoty, murki czy żywopłoty. Był to festyn całej społeczności, pomagający nie tylko utrzymać spójność wspólnej ziemi, ale też relacje społeczne z nią związane.

Jest to strategia i tradycja, jaką, jak sądzę, powinniśmy wskrzesić. Jednakże są już i współczesne mechanizmy tego rodzaju. Licencja GPL10 zapewnia, że programy wykonane na podstawie wolnego oprogramowania także będą swobodnie dostępne. W innym i nieco węższym zakresie, Creative Commons robi to samo dla innych dzieł ludzkich. Ogólna zasada brzmi: co powstało z dóbr wspólnych, pozostaje dobrem wspólnym – chyba, że społeczność postanowi inaczej.

Dobro wspólne daje nam nowy język dla opisu nowej przyszłości. Pozwala nam rozwinąć opowieść bogatszą, niż ta dozwolona przez neoliberalną ekonomię i politykę. Pomaga nam uczynić to, z czym nie radzi sobie Rynek i Państwo – utrzymać jedność natury, kultury i społeczności, oraz kultywować etykę skromnego dostatku. Dobro wspólne pomaga nam zobaczyć, że tak naprawdę jesteśmy bogatsi, niż nam się wydaje. Nasze wspólne bogactwo to ani prywatne zapasy, ani oszczędności. To społecznie wytworzone bogactwo włączone w poszczególne wspólnoty interesów, które opiekują się nim. Tego bogactwa nie da się po prostu kupić czy sprzedać jak towaru. Co więcej, ulotni się ono, jeśli nie ustrzeżemy przed dezintegracją dobra wspólnego, które je generuje.

Oto kilka przykładów.

Rajendra Singh, założyciel Young India Association (Tarun Bharat Sangh, albo TBS) , pomógł w uzdrowieniu lokalnego ekosystemu w Rajastanie, wprowadzając system dóbr wspólnych. Z powodu rabunkowej gospodarki wodnej rzeki w tamtym rejonie całkowicie wyschły. Używając niemal zapomnianej tradycyjnej technologii małej retencji – i traktując zasoby wody jako święte, będące w powiernictwie miejscowych społeczności – YIA zdołało przywrócić przepływ wody w korytach pięciu rzek i podnieść poziom wód gruntowych o prawie 7 metrów.

Gleba stała się żyźniejsza i wilgotna. Ludzie zaczęli powracać na te tereny, odbudowując gospodarstwa i tworząc nowe firmy.

W styczniu 2010 byłem w Indiach i przywiozłem następną opowieść o tym, jak oddolnie stworzone dobra wspólne pokonały patologię wolnego rynku. W małej miejscowości Erakulapally, dwie godziny na zachód od Hyderabadu, najuboższe wieśniaczki z najniższej kasy Dalitów były wyrobniczkami na farmie lokalnego ziemianina. Zarabiały tyle, że starczało im na jeden posiłek dziennie. Pojawiła się wśród nich idea, żeby wyszukiwać i odtwarzać z nasion tradycyjne odmiany roślin uprawnych, jakie ich przodkowie uprawiali od pokoleń. Odmiany, znakomicie zaadaptowane do półpustynnego ekosystemu i klimatu Andhra Pradesh.

Wyszukując takie nasiona i wymieniając się nimi, zamiast kupować współczesne, opatentowane odmiany, kobiety zdołały odtworzyć zrównoważone, lepsze odżywczo odmiany uprawne. Zdołały uniezależnić się żywnościowo od gospodarki towarowej (rynkowej), która nigdy nie służyła ich pożytkowi. Kobiety z Erakulapally uzyskały niezależność żywnościową bez zagranicznych doradców, pomocy rządowej, opatentowanych nasion czy chemicznych środków ochrony roślin. Ten samowystarczalny model rozpowszechnił się szybko. Teraz około pięciu tysięcy kobiet, w 75 wioskach w Andhra Pradesh, wymienia się nasionami i nagraniami video z poradami rolnymi.

Bardzo interesująca jest rola Internetu w powielaniu modelu „innowacyjnej współpracy” w nowych miejscach.

System Intensyfikacji Ryżu11 (SIR) to setki farmerów w 40 krajach, od Kuby, przez Sri Lankę, do Indii, używających Internetu dla ulepszenia swych upraw ryżu. Zamiast stosować się do rad firm nasiennych i produkujących chemię agrotechniczną – zamiast stosować syntetyczne pestycydy, genetycznie modyfikowane odmiany i uprawę monokulturową, hodowcy ryżu stworzyli swoją własną, oddolną, globalną sieć wymiany wiedzy rolniczej, zwiększając plony tradycyjnych odmian ryżu. Jest to coś w rodzaju „rolnictwa open source”, opartego na tradycyjnych zasadach współpracy.

To są przykłady na małą skalę, z peryferyjnych krajów – ale dobra wspólne mają się dobrze także w nowoczesnych industrialnych społeczeństwach. Miejskie ogrodnictwo, co-housing, co-working – to przykłady rozkwitu dóbr wspólnych. Partycypacyjny budżet miejski, zainicjowany w brazylijskim Porto Allegre12, rozprzestrzenił się na inne miasta. Burmistrz San Francisco powołał formalny zespół do spraw „gospodarki współdzielenia”, aby zbadać możliwości społecznej konsumpcji na tym terenie.

Można też wskazać większe organizacje, starające się promować dobro wspólne i wykorzystywać kooperację w społecznościach. Mogą się różnić charakterem, ale chronią dobra wspólne: ziemię, wodę, atmosferę. Często angażuje się w to też państwo, tworząc „dobra wspólne w powiernictwie państwa”. Przykładem jest Alaska Permanent Fund13, otrzymujący udział w dochodach Alaski z górnictwa naftowego i wypłacający coroczną dywidendę każdemu uprawnionemu obywatelowi. W tym roku dywidenda wyniosła 878 USD – około dwóch trzecich średniej z poprzednich kilku lat.

Internet jest zapewne największą siłą napędową paradygmatu Dobra Wspólnego, co owocuje kolosalną infrastrukturą dla tego modelu. W mojej książce Viral Spiral: How the Commoners Built a Digital Republic of Their Own opisałem, jak pojawienie się WWW w 1994 roku wyzwoliło niewiarygodną falę innowacji, wiele z nich w postaci społeczności samo-organizujących się wokół dóbr wspólnych. Powód: Internet zapewnia tanią komunikację i organizację społeczną na skalę globalną. Pozwolił cyfrowym społecznościom obciąć olbrzymie koszty organizacyjne, normalnie konieczne na tradycyjnym rynku. Dobro wspólne wygrywa dzięki kooperacji. Nazwałem to „Wielkim Przesunięciem Wartości”, co podkreśla głęboką zmianę strukturalną mechanizmu tworzenia wartości w biznesie i kulturze.

[Tradycyjne] rynki wymagają kosztownych „nakładek” w postaci biurokracji, prawników, zasobów ludzkich marketingu, złożonego finansowania i wielu innych. Teraz wyobraźmy sobie, jak społeczność oparta na zaufaniu i współpracy, używająca prostej platformy informatycznej, może wykonać podobną pracę, za darmo, albo bardzo tanio.

Profesor Wydziału Prawa Uniwersytetu Harvard, Yochai Benkler, w swojej wybitnej książce The Wealth of Networks , napisał „Obserwujemy teraz pojawianie się skuteczniejszych praktyk działania zbiorowego, nie potrzebujących koordynacji ani przez system cen, ani przez centralną strukturę zarządzania.” Benkler nazywa ten fenomen „commons-based peer production”, opisując go jako „współdzielenie zasobów i wytworów [pracy] wśród współpracujących ze sobą, rozproszonych i słabo powiązanych jednostek.”

Otwarte platformy internetowe wymuszają zmiany nie tylko w strategiach biznesowych, czy zachowaniach w organizacji, ale też w samej definicji bogactwa. W Internecie, bogactwo nie jest już tylko pieniężne, ani też nie musi być własnością prywatną. Bogactwo, stworzone dzięki otwartym platformom, to często wartość stworzona społecznie, współdzielona, zmieniająca się i niewymienna na pieniądze. Unosi się, można rzec, w powietrzu, dostępna dla wszystkich.

Wartość kreowana społecznie istnieje od zawsze, rzecz jasna, ale nie zawsze była widoczna czy istotna kulturowo. Konwencjonalna ekonomia dosłownie nie widzi tej kategorii z racji braku ceny. Ale model dóbr wspólnych pokazuje, że nie potrzebujemy ani rynków, ani rządów, aby stworzyć coś, co ma wielką wartość.

Dobro wspólne jest, w rzeczy samej, całkiem inną wartością, przeznaczoną, aby tworzyć niepodzielne, zintegrowane społecznie, wspólne bogactwo. Właściwie zarządzane, dobra wspólne nie są „tragedią”, lecz są wysoce produktywne – tyle, że nie da się ich sprywatyzować, ani zmonetyzować.

To jest poważna innowacja – nie taka jak nowy fajny produkt, czy technologia, ale nowy społeczno-ekonomiczny paradygmat i światopogląd. Nowy/stary sposób tworzenia wartości. Osiągania użytecznych wyników poza sferą działania rynków i rządów. Samo-organizujące się projekty i platformy polityczne zaczynają się komunikować między sobą i zwiększać skalę działania. A po drodze, zmieniają i stawiają czoła instytucjom „w realu”.

Różnorodność i obfitość dóbr wspólnych jest już tak duża, że można mówić o Sektorze Dóbr Wspólnych w dziedzinie wiedzy, kultury i twórczości. Pomyślmy o setkach milionów zdjęć na Flickr.com albo o milionach haseł Wikipedii w 285 językach. Pomyślmy o ponad 8000 wolnych czasopism naukowych, omijających kosztowne kanały komercyjnej dystrybucji. Pomyślmy o wolnych podręcznikach, otwartym nauczaniu zapoczątkowanym przez MIT. Pomyślmy o setkach milionów tekstów, filmów i nagrań dźwiękowych, opublikowanych na licencji Creative Commons dla łatwiejszego rozpowszechniania. Niezliczone są te cyfrowe dobra wspólne, wytworzone i rozpowszechniane społecznościowo.

Wspólne zasoby naturalne są także produktywne, nawet jeśli nie są odnawialne. Jest wiele społeczności zarządzających lasami, łowiskami i nawadnianiem. Acequias w Nowym Meksyku, ejidos w Meksyku, ziemie Indian Amerykańskich i ich uświęcony związek z naturą14.

Dobra wspólne to także miejskie ogrodnictwo, ruch Slow Food, rolnictwo wspierane społecznościowo15 i ruch Transition Towns – wśród wielu innych. Szczegóły struktur i sposobów rządzenia się są różne, zależnie od społeczności i rodzaju dobra wspólnego. Inne są potrzeby dóbr niezbędnych do życia, inne – cyfrowych dóbr kultury. Ekonomia daru, obecna wśród badaczy, couchsurferów czy dawców krwi, nie będzie użyteczna dla wspólnotowych ogrodów czy przestrzeni publicznej.

Ale wspólne dla dóbr wspólnych są partycypacyjność, inkluzywność i zarządzanie współdzielonymi zasobami. Odbudowują tkankę społeczną, której, jak sądzę, nie jest w stanie odbudować ani Rynek, ani Państwo. Dobro wspólne ma uzdrawiającą logikę.

Kusi, aby odrzucić ten rodzaj innowacji jako marginalny i nieważny – ale te lokalne modele zaczęły się rozprzestrzeniać i łączyć ze sobą. Działają na coraz większą skalę, zależnie od swoich zasobów i możliwej koordynacji społecznej.

Jako system samorządności, dobro wspólne zapewnia kilka krytycznie ważnych możliwości, boleśnie nieobecnych w systemie neoliberalnym.

Uzdolnienie ludzi do zwierzchności nad zasobami, których potrzebują.
Ustalenie i wymuszenie granic zrównoważonej działalności dla rynków.
Zagospodarowania „antybogactwa” - nieuchronnego odpadu rynków.
Całkowite wyłączenie pewnych obszarów spod działania rynków.
Zmniejszenie nierówności i zagrożeń socjalnych.
Przywrócenie osobistych relacji z naturą i między ludźmi.
Stworzenie nowej ramy dla pojęcia „rozwoju”.

Śpieszę dodać, że dobro wspólne nie jest panaceum. Ten model często zawodzi, z racji niewłaściwego przywództwa albo błędnych zasad samorządu. W społecznościach bywa wiele niezgody i konfliktów. Wciąż uczymy się, jakiego wsparcia teoretycznego potrzebują dobra wspólne, szczególnie na większą skalę. Nie chcę tworzyć wrażenia, że dobra wspólne są magiczną różdżką, wolną od słabości wszelkich ludzkich instytucji w historii.

Dobra wspólne są jednak zagrożone nie tylko przez wewnętrzną słabość. Rynek i Państwo traktują je często jako łatwy łup, darmowe paliwo wzrostu gospodarczego, albo jako konkurencyjne zagrożenie. Przecież dobro wspólne daje swoim opiekunom pewien zakres autonomii i kontroli nad swoim życiem i zasobami. Pozwala ludziom uwolnić się z niezdrowej zależności od niestabilnych i drapieżnych sił rynku. Daje im większe bezpieczeństwo i samowystarczalność, pozwala uniknąć upokorzenia dobroczynności i rządowej opieki społecznej.

W świecie, w którym państwo zostało w dużej mierze zawłaszczone przez interesy bogaczy – świecie, w którym władza obywateli nad demokratycznymi instytucjami władzy jest bardziej fikcją, niż rzeczywistością – dobro wspólne daje ludziom sposób na przejęcie kontroli nad niektórymi chociaż aspektami ich życia. Jak to znakomicie ujął Cycero: „Wolność to udział we władzy.”

Dobro wspólne kształtuje nowy organizm społeczny – i nowy jego metabolizm. Nowe/stare rodzaje rządów. Decentralizuje władzę i wzmaga partycypację. Zachęca ludzi, aby wnosili swoją kreatywność w zdecentralizowane struktury poziome. Nie muszą już być petentami elit, kierujących wielkimi, hierarchicznymi machinami eksperckimi. Nie muszą już pozostawać biernymi konsumentami, ani wyalienowanymi obywatelami, wierzącymi ślepo, że charyzmatyczny trybun, rządowa agenda, albo jakaś korporacja rozwiąże ich problemy (gdy w rzeczywistości wielcy tego świata kierują się wyłącznie własną, indywidualną, albo instytucjonalną, korzyścią). Udział w dobru wspólnym pozwala człowiekowi stać się protagonistą własnego życia, co owocuje wielką radością i satysfakcją.

Z tych właśnie powodów, ruch na rzecz dóbr wspólnych staje się tak powszechny i międzynarodowy. Oto szybki przegląd najwybitniejszych tego przykładów.


5. Dobro Wspólne – ruch międzynarodowy.

W Europie rozkwita zainteresowanie dobrem wspólnym, jako wizją i podstawą przebudowy życia codziennego, politycznego i kulturalnego. W Niemczech ten temat zyskał już uwagę mainstreamu. Fundacja Heinricha Bö lla była szczególnie aktywna w tej dziedzinie, szczególnie na ważnej międzynarodowej konferencji na temat dóbr wspólnych w 2010 roku w Berlinie.

We Włoszech, w referendum na temat prywatyzacji miejskich wodociągów i innych zasobów wodnych w kraju, 94% głosujących odrzuciło możliwość prywatyzacji. Krajowe zasoby wodne zostały jasno określone jako dobro wspólne. Główną figurą we włoskim ruchu dóbr wspólnych jest burmistrz Neapolu, Luigi de Magistris, który powołał asesora do spraw dóbr wspólnych, aby monitorować i ulepszać lokalne działania w tej dziedzinie.

Zachęca on też włoskich urzędników municypalnych do wspierania inicjatyw lokalnych na rzecz dóbr wspólnych. Włochy starają się też przeprowadzić, jako inicjatywę obywatelską, Europejską Kartę Dóbr Wspólnych, która ma bezpośrednio chronić różne ich rodzaje16.

Wielu ludzi na Globalnym Południu uznaje wartość dóbr wspólnych, jako koncepcji ramowej: autochtoni, grupy farmerów, jak Via Campesino, Światowe Forum Społeczne17, działacze na rzecz rozwoju w mniejszych krajach. Kilka miesięcy temu, Sąd Najwyższy Indii oficjalnie uznał prawo społeczności dóbr wspólnych do ochrony przed zawłaszczeniem przez rynek – w tym przypadku chodziło o próbę zagarnięcia miejscowego stawu przez dewelopera. Rajastan przygotowuje formalny zestaw przepisów mających chronić lasy, jeziora, ziemię orną i inne wspólne zasoby naturalne.

Boliwijczycy wpisali do swojej konstytucji bezpośrednie prawa Matki Ziemi – z prawem do reprezentacji sądowej włącznie. Prezydent Evo Morales zachęca Narody Zjednoczone do przyjęcia traktatu międzynarodowego o tych samych skutkach.

Brazylia stała się pierwszym krajem „wolnej kultury”. Dzięki byłemu ministrowi kultury cyfrowej, muzykowi Gilberto Gil, wielu Brazylijczyków zrozumiało i pokochało wolne oprogramowanie, Creative Commons, wolną kulturę, kulturę remiksu itp. Licencje Creative Commons są stosowane w ponad 80 jurysdykcjach na całym świecie. W tym roku opublikowaliśmy ważną antologię, ponad 70 esejów na temat dóbr wspólnych, pod tytułem The Wealth of the Commons: Another World is Possible Beyond the Market and State . Jestem jej współredaktorem, razem z Silke Helfrich. Książka jest zbiorem 73 artykułów, około 90 autorów z całego świata. Niemieckie wydanie wyszło w kwietniu tego roku, wersja angielska – dopiero co. Commons Strategies Group i Fundacja Böll a planują też ważną konferencje na temat dóbr wspólnych w maju 2013, na której będziemy próbowali zbadać, jak i dlaczego dobro wspólne działa jako społeczno-ekonomiczno-polityczna encja, na poziomie mikro i makro.

Współpracowałem także intensywnie z prof. B. Westonem18, znanym międzynarodowym znawcą prawa i praw człowieka, nad nową wizją prawa i zasad rządzenia, łączących prawa człowieka i zasady dobra wspólnego w nowy paradygmat. Nasza książka wyjaśniająca nowe idee - Green Governance: Ecological Survival, Human Rights and the Law of the Commons - wyjdzie w styczniu 2013 nakładem Cambridge University Press. „Green Governance” proponuje wszechobejmującą wizję, jak prawo i polityka mogą chronić dobra wspólne od grodzeń – a nawet wspierać je aktywnie – proponując także, jak do tego celu można wykorzystać istniejące instytucje i zasady.

Rozwija się tez międzynarodowa edukacja na temat dóbr wspólnych. W Londynie powstała School of Commoning. W Niemczech – Summer School of the Commons. Podobne działania prowadzi się w Barcelonie i Buenos Aires. W zeszłym roku współpracowałem z Institute for Training and Research ONZ nad czteroczęściowym kursem na temat dóbr wspólnych19.

Rosnąca liczba „transnarodowych plemion” tworzy swoje dobra wspólne, co powoduje, że wszelkie innowacje rosną jak grzyby po deszczu. Mogą one nie przyznawać się do etosu dóbr wspólnych, ale ich różne praktyki społeczne z pewnością przyjmują podstawowe cechy: partycypację, inkluzywność, rzetelność, oddolną innowacyjność, odpowiedzialność.

Wszyscy oni starają się połączyć produkcję, konsumpcję i samorządność w jeden spójny paradygmat zmiany.

• The Solidarity Economy • The Transition Town • Alterglobaliści • Water activism • The Landless Workers Movement / Via Campesino • Ruch Wolnego i Otwartego Oprogramowania • Creative Commons • Wikipedyści • Open access publishing • Open Educational Resources (OER) movement • Partie Piratów • Ruch Occupy •


Te grupy w żadnym razie nie tworzą jednego, zwartego frontu. Są wysoce eklektyczne. Ale niosą w sobie wielką energię i innowacyjność – i współpracują ze sobą. Konfederowanie się na tak wczesnym etapie wskazuje na powstawanie nowego rodzaju globalnego ruchu – luźno koordynowanego ruchu ruchów.

Sądzę, że dobra wspólne staną się ogniskiem dla tej energii, bo ich koncepcja ma wiele wyraźnych zalet. Przede wszystkim – brak konkurencji. Nie znam żadnej alternatywnej koncepcji politycznej czy filozoficznej o takiej głębi i zasięgu, jak dobro wspólne. Jest tak częściowo dlatego, że koncepcja dóbr wspólnych nie jest sztywną, totalizującą ideologią. Jest światopoglądem i wrażliwością ekumeniczną z ducha i z umysłu. Jest otwarta i dostępna dla różnych kultur i społeczności.

Po drugie, dobra wspólne mają szacowną tradycje w prawie, sięgającą wstecz do Imperium Rzymskiego, a także do Magna Carta i towarzyszącego jej Charter of the Forest. Ta tradycja jest wielkim źródłem wiedzy, wiarygodności i wzorców dla współczesnych innowacji prawnych.

Po trzecie, dobra wspólne dają poważny szkielet intelektualny dla krytyki kultury rynku i dowartościowania ludzkich wspólnot oraz kooperacji.

Po czwarte, dobra wspólne obejmują liczne, pomyślnie działające, modele społeczno-gospodarcze, w wielu przypadkach przewyższające to, co oferuje Państwo lub Rynek.

W końcu, dobro wspólne zachęca nas, abyśmy użyli całej naszej ludzkiej wyobraźni do rozwiązania najważniejszych problemów społecznych; żąda od nas, abyśmy byli więcej niż tylko konsumentami i wyborcami, ale aktywnymi uczestnikami, budującymi nowy świat.

W szerszej perspektywie, dobro wspólne daje silne narzędzie do wymyślenia na nowo zasad rządzenia, gospodarki i administracji, w chwili, gdy istniejący porządek już się wyczerpał. Dobro wspólne pomaga ożywić praktykę demokracji, w chwili gdy konwencjonalne instytucje polityczne są dysfunkcyjne, skorumpowane, niereformowalne, albo wszystko naraz. Dobro wspólne wskazuje, że społeczeństwa naprawdę mogą wykorzystać współpracę i oddolną energię do rozwiązania problemów – i wskazuje też nowe sposoby rządzenia się, poza – lub w konstruktywnym partnerstwie z – demokracją przedstawicielską.

Jednakże dobro wspólne to nie magiczna różdżka. To jedynie przestrzeń, droga, rusztowanie. Potrzebuje społeczności, jej uczestników, aby zaistnieć. Jak powiedział wielki historyk dóbr wspólnych, Peter Linebaugh, „There is no commons without commoning 20” - to praktyka społeczna i etyczna konstytuuje dobro wspólne. Dobro wspólne to także czasownik, nie tylko rzeczownik. To nie jest coś, co możemy oddać w ręce polityków czy biurokratów.

To bardzo ważny punkt. Dobro wspólne to nie tylko idea polityczna. To osobiste doświadczenie i tożsamość.

Alain Lipietz, polityk francuski, studiujący tematykę dobra wspólnego, wywodzi termin „commons” z czasów Wilhelma Zdobywcy, od normańskiego słowa commun, pochodzącego z kolei od munus, oznaczającego zarówno podarek, jak i obowiązek jego odwzajemnienia.

Sądzę, że potrzebujemy odzyskać świat, w którym wszyscy dostajemy dary – i wszyscy mamy zobowiązania. To bardzo ważny sposób bycia człowiekiem. Ekspansja scentralizowanych struktur politycznych i rynkowych tragicznie przesłoniła naszą potrzebę otrzymywania i odwzajemniania darów. We wszystkim polegamy dziś na pieniądzu lub państwowej biurokracji. Osobiste zaangażowanie i zobowiązania moralne nie są już koniecznie potrzebne do życia. I w dużej mierze straciliśmy wiarę w to, co Ivan Illich nazwał „domeną potoczną” - przestrzeni codziennej, w której możemy tworzyć, kształtować i negocjować nasze życie. Sądzę, że potrzebujemy umocnienia tego, co nazywam Prawem Potocznym – prawem dobra wspólnego.

Pokrzepiający jest głęboki odzew, jaki ta idea ma pośród tak wielu rozmaitych ludzi na całym świecie – filipińskich farmerów, brazylijskich artystów remiksu, amsterdamskich hackerów, niemieckich kooperatystów, amerykańskich odbiorców wolnej kultury, włoskich działaczy miejskich. Wszelkie rodzaje inicjatyw z obszaru dóbr wspólnych spontanicznie pojawiają się w niezliczonych środowiskach, otwierając nowe, interesujące, możliwości i synergie.

Jest to zachęcające, bowiem jeśli teoria nie nadąża za praktyką, to znak, że dzieje się coś potężnego. W czasie, gdy stare struktury i koncepcje po prostu przestały działać, dobro wspólne daje nam powód, aby mieć nadzieję. A my bardzo potrzebujemy jakiejś wiarygodnej ścieżki do przodu."